piątek, 6 stycznia 2012

Dzień 4. Dzień 5.

Dzień czwarty poszedł całkiem nieźle mimo obiadu na mieście. Oparłam się pokusie ciepłych pączków z Chmielnej... Och, marzenie. Ale dałam radę. Byłam twarda.

Niestety dziś już mniej. Przy święcie moja rodzina oczywiście musiała zaszaleć, co skończyło się lazanią i ciastem. Lazanię zrobiłam swoją własną w wersji dietetycznej (warzywkową bardziej niż mięsną i bez tych wszystkich serów i sosów beszamelowych) - pychotka. Druga część czeka na jutro. Gorzej z ciastem. Muszę jutro odpracować na łyżwach lub basenie.

Jutro zakupy w miłym towarzystwie Basi. Może znajdę jakąś cud sukienkę/bluzkę/coś, kupię rozmiar za małą... ponoć działa. :)

To do jutra! Trzymajmy się dzielnie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz