czwartek, 5 stycznia 2012

Dzień 3. Szarlotkę oddaj orkowi

Dzień trzeci wypadł w środę - dzień ciężki i długi, pełen zmęczenia i pułapek. Środy bowiem spędzam w trasie, w Krakowie, kończąc moje studia. I jak to poza domem - łatwiej wpaść w sidła pokusy. I wpadłam.

Grzech główny - szarlotka. Podświadomie wliczona do obiadu. Podświadomie tłumaczona jak niskokaloryczna, bo jedzona w miejscu, gdzie mają tylko zdrowe jedzonka. Cieniutka, mięciutko-chrupiąca i pyszna. Najgorsze jest to, że nie żałuję. Żałuję. Żałowałam już wbijając w nią widelec. A mimo to smakowała wybornie.

Tak więc zmuszona jestem wprowadzić zasadę numer-nie-wiem-który: jeden grzech tygodniowo jest dozwolony, w granicach normy i nie większy niż wspomniana szarlotka. Następną będę musiała poważnie przemyśleć. Ale każdy grzech trzeba odpracować.

Jutro dzień czwarty. Tutaj zazwyczaj kończyły się moje siły i dobre chęci. Ale nie tym razem. Na śniadanie czekają pyszne płatki fit i chudy jogurt, na obiad "błotna zupa". A kolację oddam orkowi. ;)

1 komentarz:

  1. Nie waż mi się poddać! :P
    Tylko żeby Ci się nie zrobiło z jednego grzechu tygodniowo jeden grzech dziennie :)

    OdpowiedzUsuń