Minęło już tylko pięknych miesięcy od ostatniej próby pozbycia się zbędnych kilogramów. Z osiem chyba. I tyle można było zrobić... na przykład właśnie schudnąć. A mi udało się... chyba za bardzo nie przytyć. Ale to nie jest satysfakcjonujące rozwiązanie. To nie jest mój happy end. Dlatego wracam, z nową siłą i motywacją. Nowymi zainteresowaniami.
I nową wagą. Kupiłam nowiusieńką, może nie jakąś specjalnie cudowną i zaawansowaną technologicznie, ale moją własną. Pierwsze narzędzie walki z (nad)wagą.
I jutro rano nowy start. :) Jeśli ktoś to czyta, to proszę trzymać kciuki.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz